Kategorie: Wszystkie | Moje artykuły | Myśli (nie) złote | Zasłyszane
RSS
czwartek, 05 sierpnia 2004
Żona wraca do domu i widzi na drzwiach kartkę. Czyta:
"Na sprzedaż - zona. Ostatnio niewiele używana. Cena 360 zł.
Informacja - w tym domu."
Małżonka robi swojemu mężowi awanturę.
 - Wcale nie o to chodzi, ze chcesz mnie sprzedać, ale ze tak tanio.
 Skad wziałeś tą cenę?
- Już Ci mówię - 80 kg mięsa po 2 to daje 160 plus złota obraczka - 200. Razem 360 zł. Gra?
 Następnego dnia maż wraca z pracy i widzi na drzwiach kartkę napisana przez żonę:
"Na sprzedaż - mąż. Ostatnio niewiele używany. Cena 0,67 zł.
Informacja - w tym domu."
Tym razem awanture robi mąż.
- To ja Cie wyceniłem na 360 zł, a ty mnie za jakieś grosze chcesz opchnąć?
- Juz Ci mówię - Dwa jajka po 0.32 to daje 0,64 plus 10 cm rurki za 0,03. Razem 0,67 zł. Gra?
środa, 04 sierpnia 2004

No więc odezwał się- dokładnie za pięć trzecia (o trzeciej wychodzi z pracy). Żadne cześć, ani co słychac czy czemu się nie odzywasz.... Lepiej nie zacytuję co mi zaproponował ale mam jasność teraz już.... Dobrze, że pozbyłam się złudzeń... Jestem dla niego zabawką, po którą się sięga jak się ma ochotę.....

Znaliśmy się w necie i chyba tylko na necie się skończy... Zaczęło się na czacie, a po jakimś czasie przenieślismy się na gg (z mojej inicjatywy). Obopólna fascynacja doprowadziła do intymnych wręcz wyznań... Maile pisaliśmy raczej rzadko... jeśli już to służyły one do przesyłania zdjęć... Potem (z jego inicjatywy) wymieniliśmy sie numerami telefonów... Bałam się tego bo nie wiadomo czego się spodziewać ale było... w porządku.

Był czas kiedy włączałam komputer w pracy już "wyskakiwała" wiadomość od niego... Rozmawialiśmy intensywnie, nie mogąc nasycić się sobą...

Po jakimś czasie zauważyłam, że to ja odzywam sie pierwsza, ja dzwonię do niego... Nasze rozmowy stały się coraz krótsze, a on moje insynuacje na temat swego zobojętnienia traktował żartem... Ale nie dało sie ukryć,że jakby mnie zbywał... Kiedyś proponował spotkanie w realu (u niego) ale dla mnie to było za wcześnie... Teraz na moje uwagi na ten temat reaguje żartem, zbywa mnie, a ja boję się zapytać wprost....

Dziś postanowiłam nie odezwać się pierwsza... Zacisnęłam zęby i czekałam...mija powoli druga połowa piatej godziny mojej obecności na gg, a on nawet nie powiedział: cześć...

Ja wiem,że to tylko net ale to tak bardzo boli.... realnie boli a nie wirtualnie...

Moje Serce

Moje serce jest ogromne...
i puste.
Wiatr trzaska drzwiami odstraszając nadzieje.
Codziennie chowam w nim część siebie,
a potem nie mogę odnaleźć.
I nikt nie rozumie,
że jedno serce to za mało, by żyć.

09:35, trzydziestka , Zasłyszane
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 sierpnia 2004

Narzekanie na to,że akurat jest poniedziałek wydaje mi się bardziej pewnym rytuałem niż rzeczywistym odczuciem. Podobnie się ma  z pogodą. Narzekanie na zbyt deszczową lub zbyt słoneczną staje się pewnym komunikacyjnym rytuałem pozwalającym nam się komunikować bez zaangażowania w rozmowę. Wypowiadanie podobnych komunałów jest jednak tak powszechne,że trudno z tym walczyć. Podobnymi skrótwcami komunikujemy się nie tylko ze znajomymi ależ też najblizszą rodziną. Ja bardzo blisko jestem z moją mamą, często rozmawiamy ze sobą, nie zawsze się zgadzając.  Ale to temat na inny dzień. Gorzej jest z moimi dwoma braćmi... Ze starszym najczęściej nie dyskutuję i wycofuję się "na tyły". Jego skrajne poglądy, zakonserwowane w osobistych przeżyciach (stary kawaler!) nie nadają się do dyskusji. Natomiast młodszego interesuje bardziej piłka nożna i żel we włosach...

Jeśli chodzi o znajomych bliższych czy dalszych to takie hasła jak "ale dziś brzydka pogoda" czy "znowu poniedziałek" często pozwalają m ukryć zakłopotanie wynikające z faktu iż za bardzo nie wiem co powiedzieć. Nie czuję się bowiem swobodnie z osobami, które mało znam. Są wręcz chwile,że mam ochotę udać,że kogoś nie widzę zamiast podejść i cierpieć męki...

Są jednak sprawy o których nie mówię nikomu... czasami tylko powierzam je papierowi... to taki mój seans psychoanalizy... całkiem gratis. Zastanawiam się jednak jak dają upust emocjom inni?

W każdym razie postaram się od dziś trochę mniej narzekać, a przynajmniej nie robić tego rytualnie...

środa, 28 lipca 2004
Co zrobić gdy dopada cię zmęczenie? Ostatnio wracam z pracy taka wypluta że mam ochotę tylko zwalić się na fotel i nawet małym palcem u nogi nie chce mi się kiwnąć? tak to zresztą jest jak się bierze tydzień urlopu i potem go nadrabia. Człowiek jest zmęczony a wtedy i zły na wszystkich o byle co na najbliższych. A słowa potrafią czasem bardzie ranić od pięści...
wtorek, 27 lipca 2004

Korzystając z chwili przerwy pomiędzy porządkowaniem bałaganu z dnia wczorajszego a robieniem bałaganu na jutro napiszę kilka słów.

Tylko o czym? Brak natchnienia gorszy niż nadmiar pracy papierkowej. Oto siadacie przed komputerem, ewentualnie z piórem w ręku  i... nic. Pół biedy jeśli to ma być niezobowiązujący wpis do np waszego netowego pamiętnika. A co jeśli wypracowanie na jutro? (Na szczęście te czasy mam już za sobą). Jak tu spłodzić 10 stron maszynopisem? Na przykład oczywiście bo objętość może być dowolna. Zawsze najgorzej mi wypadały początki czyli takie pisanie o niczym. Im dalej w las tym lepiej...

A co jeśli brak natchnienia dopada was w trakcie rozmowy? Dajmy na to - kwalifikacyjnej? Wtedy chyba katastrofa? No ale to rozmowa z obcym człowiekiem, szybko się o niej zapomina... A co jeśli romawiacie z kimś bliskim? Po słowach pozdrowienia i "co u ciebie słychać?" zapada cisza.... Czy to nie świadczy o małym stopniu zażyłości? O nieśmiałości? Czy po prostu o tym,że nie mamy sobie nic do powiedzenia... Pomilczeć chyba też trzeba umieć... Jeśli nie czuje się skrępowania z przebywając z kimś i nic nie mówiąc to chyba też dobrze świadczy?

Mnie czasem brakuje słów przy rozmowie telefonicnej.... niby nic takiego, nowoczesny sposób komunikacji ale jak się odzywa moja komórka to aż podskakuję w środku cała... Pół biedy jak mam rozmawiać o czymś konkretnym, przekazać jakąś inormację. Gorzej kiedy mam porozmawiać o niczym z kimś bliskim. Ostatnio przy rozmowie telefonicznej z jednym takim bardzo miłym panem poznanym w necie brakowało mi słów. Przy pisaniu tego nie mam może dlatego,że pisząc maila czy używająć gg mam czas do namysłu na odpowiedź? Czy to może dlatego, że nie mieliśmy się okazji spotkać a kiedy patrzę komuś w oczy to czasami i słów nie potrzeba... gesty, mowa ciała... i wszystko jasne...

poniedziałek, 26 lipca 2004

Czy wy też tak macie? Wracam sobie po tygodniu błogiego nic nierobienia, a tu na biurku stos pism do posegregowania i załatwienia, nieotwarta korespondencja za całego tygodnia....wrr nic tylko uciec.

Niestety kiedyś bym musiała w końcu wrócić a to tylko opóźniłoby egzekucję. Więc niestety ponownie zanurzam się w ten stos...

No i zapomniałabym o stosie listów elektronicznych które przyszły mimo, że ustawiłam sobie w intranecie coby nie przychodziły przez ten tydzień...

poniedziałek, 19 lipca 2004

Komentarz: ten wpis winien byl się ukazać w piątek po południu ale niestety nie można było wejść na blogi...

Szef zgodził sie i od poniedziałku ide na urlop! Wprawdzie to tylko tydzień ale już się cieszę. Odpocznę sobie, wyśpię się (nareszcie), poczytam zaległe lektury, obejrzę zaległe filmy i odgarnę trochę kurzu narastającego w tempie zastraszającym w miarę upływu czasu od ostatniego sprzątania...

Wiem,że powinnam poleżeć na plaży (nie lubię się smażyć), zwiedzać jakieś ruiny (wolę coś w całości) ewntualnie pałętać się po górach (mam lęk wysokości). Pojechałabym sobie do Egiptu albo innego miłego kraju ale po pierwsze primo: nie latałam jeszcze samolotem a sie boję, po drugie primo: o tej porze upał tam straszliwy (dostanę bólu głowy), a w dodatku na każdym rogu czycha na mnie terrorysta aby mnie w powietrze wysadzić ewentualnie aby mnie porwać i potem uciąć mi głowę, do której jednakże jestem trochę przywiązana i wolałabym jej na razie nie stracić. A co będzie jak tour operator zbankrutuje albo mu towarzystwo ubezpieczniowe polisę wypowie? Będe z Egiptu na piechotę ? Nie bardzo mi się uśmiecha ta perspektywa... Musiałabym obejść kawałek i przez Kaukaz wracać, a to zdecydowaie za daleko. Jest jeszcze krótsza droga przez Bosfor, ale ma jedną wadę: jak z walizkami wpław będę płynąć? W dodatku nie umiem pływać...

Z uwagi więc na rozliczne niebezpieczeństwa zostanę w tym roku jednak w domu i będę sie cieszyć urokami domowych pieleszy.

piątek, 16 lipca 2004

Poranna kawa budzi mnie w ten piątkowy pochmurny poranek. Przeglądając gazetę i sącząc ten okropny napój udający prawdziwe espresso powoli staję gotowa do walki.

Ale najpierw sprawdzę swój numer PESEL w nowej grze gazety. A nóż widelec? Tylko co bym ja zrobiła z takim samochodem gdybym go wygrała? Nie mam nawet prawa jazdy. Zawsze mi to się wydawało zbęne- skoro nie mam samochodu ani ja ani nikt z najbliższej rodziny. Do pracy jadę pociągiem, a nigdy nie przepadałam za jazdą po naszych cydownie krzywych i wyboistych drogach nad morze czy tez w góry. Właściciele czterech kółek stanowią jakąś dziwną kastę, która całkiem zawłaszczyła sobie miejski i podmiejski krajobraz. nie mają szacunku ani dla resztek zieleni ani dla uszu. Zwłaszcza dla uszu! Po sąsiada z bloku naprzeciwko co rano przyjeżdża kumpel i razem oddalają się czterokołowcem, zdaje się w celach zarobkowych. Zanim sąsiad wywlecze się z betów, tudzież odzieje się czy zje śniadanie, samochód ów (tfu tfu) "grzeje" silnik co najmniej 15 minut... A jest godzina 6 20 więc mam mord w oczach.. i uszach. Przed popełnieniem zbrodni wstrzymuje mnie tylko wrodzone moje lenistwo... I jak tu lubić te piekielne machiny i ich właścicieli?