Kategorie: Wszystkie | Moje artykuły | Myśli (nie) złote | Zasłyszane
RSS
czwartek, 19 czerwca 2014

Poszłam na procesję Bożego Ciała. I za nic nie mogłam się skupić na modlitwie, bo całą mszę i procesję myślałam o tym czy wyłączyłam gaz pod jajkiem. Jajko miało być do chłodnika na obiad. Wysłuchiwałam czy czasem nie jedzie straż pożarna i wypatrywałam czy może się z mojej strony nie dymi. Paranoja.

Wróciłam do domu. Gaz był oczywiście wyłączony.

 

niedziela, 15 czerwca 2014

Jest sobota, 20:42. Siedzę z ręcznikiem na głowie i oglądam Dumę i Uprzedzenie w wersji BBC. Wiadomość via FB od znajomej: idziemy na piwo. Jasne. Sprawdzam pociągi i oczywiście okazuje się, że właśnie odjechał. Jest 20:43. Co robić? Wysuszyłam włosy, dotrwałam do połowy 4 odcinka poszłam spać, potem wstałam by wpuścić mojego pijanego brata do domu, bo nie mógł utrafić dziurką w klucz i dalej poszłam spać, choć on coś tam marudził pod nosem.

Nawet jeśli bym miała prawo jazdy i samochód to i tak nie mogłabym przecież nim na piwko pojechać. Znajoma z koleżanką się świetnie bawiły, a ja mogłam tylko zazdrościć.

:(

sobota, 14 czerwca 2014

Wczoraj po pracy miałam pojechać na koncert. Odchamić się, odstresować. Koncert miał być darmowy, więc koszta żadne. Czas do 20.00 kiedy miał zacząć się koncert wypełniłam wizytą w Rossmannie, gdzie chciałam wymienić farbę na inny odcień (nie wymieniają), odwiedzinami w barze mlecznym, gdzie zjadłam pierogi leniwe i siedzeniem przed sceną na murku. Miałam wprawdzie dżinsy i kurtkę, ale też klapki na gołe nogi i bluzkę z krótkim rękawem. Marzłam coraz bardziej, zaczęłam się trząść, chciało mi się sikać i zaczęłam się zastanawiać czy warto się przeziębić. Rozpoczęcie koncertu się coraz bardziej przedłużało, wyszłam. W pociągu oddałam wiadro moczu i ugrzałam się.

Do domu wracałam w deszcze i wietrze, pierwsze co zrobiłam do wlazłam do wanny z gorącą wodą, potem herbatka z cytrynką, troszkę internetu i spać.

I takie to moje nieciekawe życie...

czwartek, 12 czerwca 2014

Telewizor dostanę od M. W spadku po jej ojcu, ona ma inny, a ten nie jest całkiem stary i pare lat mogę poużywać. Nie jest płaski, tylko z tyłkiem, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Niestety kolega z pracy będzie mógł mi go zawieźć dopiero w poniedziałek. Fajnie jednak, że tak mi się udało. M. nie chciała za niego pieniędzy, ale coś powinnam jej kupić w zamian, ale nie wiem co. Flaszkę? Ona niepijąca. Książek nie czyta, a ciuchów ma trzy razy więcej niż ja. Robi teraz remont, może kupię jej coś do domu? Nie mam pomysłu, a wypada się zrewanżować.

wtorek, 10 czerwca 2014

Niezbyt szczęśliwy to był dla mnie dzień. Po pracy pojechałam na jogę w parku, ale okazało się, że odwołali ją z powodu burzy i deszczu. Burza przeszła, wszystko wyschło, a ja niepotrzebnie jechałam z drugiego końca miasta. Wprawdzie napisali na FB, ale w pracy tam staram się nie zaglądać.

Wróciłam do domu, zasiadłam przed telewizorem z miską truskawek i okazało się, że telewizor się właśnie zdecydował zepsuć. Takich się już nie naprawia, zresztą dostałam go od brata, kiedy ten sobie kupił nowy i wiadomo było, że za długo nie pociągnie, ale nie myślałam, że wykończy się akurat teraz.

Niestety na nowy mnie nie stać ;/

poniedziałek, 09 czerwca 2014

Dziś mi szef zwrócił uwagę, że popełniłam błąd w jakimś zestawieniu. Co z tego, że błąd nie jest bardzo duży, ale jest. W domyśle konkluzja jest taka, że skoro nie można mi zaufać w tak małych sprawach to czy można w większych?

A ja czasami po prostu nie wyrabiam i dlatego się pomyliłam.

Powinnam w tym momencie zastosować metodę ze szkolenia: zamiast biczować się takimi myślami, przeżywać jakieś awantury, opowiadać przyjaciółkom co mnie spotkało złego powinnam na nadgarstku mieć gumkę i sobie nią strzelić. Jako "karę" za takie złe myśli, bo działają destrukcyjnie. Niestety pasująca recepturka została w domu. Zdjęłam ją w zeszłym tygodniu jak M. na mnie naskoczyła za zgubiony (chwilowo) list. Przydała się. Chyba ją zacznę nosić na stałe.

No i nadal nie znalazłam 15 minut na francuski...

 

niedziela, 08 czerwca 2014

Byłam w poniedziałek i wtorek na szkoleniu z Zarządzaniem Czasem i Energią w siedzibie mojej korpo w stolicy. Człowiek ze wsi to nie umiałam nawet do windy wsiąść bez pomocy. Szkolenie było bardzo fajne. Jednym z zadań było wypisanie jakie mamy cele i zadania w ciągu przykładowego dnia. W drugiej części trzeba było napisać jakimi wartościami sie kierujemy w życiu. Wyszło w podsumowaniu, że człowiek cały dzień zajmuje się nie tym na tym na czym mu zależy i na te wartości zostaje mu niewiele czasu. Ja wpisałam m.in,. rozwój intelektualny, pisanie i naukę francuskiego, a co robię cały dzień? No właśnie nie to co lubię. Wyjścia są dwa- albo pogodzić się, że praca jest taka albo inna albo przemyśleć swoje życie. Ja przemyślałam i postanowiłam skupić się chociaż na jednym celu i wybrałam 15 minut nauki francuskiego dziennie. Niestety od poniedziałku nie udało mi się znaleźć ani minuty... Podobnie z pisaniem jest. A ile czasu wymaga napisanie notki na bloga? Nawet nie 15 minut. Tak się ma idea z praktyką.

Ale to się zmieni!

czwartek, 05 czerwca 2014

Boli mnie prawe biodro. To nie starość to zumba :/. Podkusiło mnie i poszłam na darmowe zajęcia po pracy w jednym z miejskich parków. Nawet było dosyć fajnie, choć nie zawsze udawało mi się nadążyć. Nie podobało mi się jednak to, że potem taka spocona wracałam do domu. W czasach kiedy jeszcze chodziłam na siłownię zawsze brałam prysznic po i nie rozumiałam jak można wyjść taką śmierdzącą. I nadal nie rozumiem, bo to wcale nie jest przyjemne nie móc się umyć. Niestety klimatyzacja w wagonie to nie to samo co prysznic ;)

Nie wiem czy będę chodzić nadal, bo zajęcia są całe wakacje, ale od końca czerwca likwidują mi pociąg, którym wracałam dziś. Przeklęte koleje, zawsze mnie tak w bambuko robią. Ja nie mam wakacji, mogę liczyć co najwyżej na 2 tygodnie urlopu :/ Zawsze mnie te letnie rozkłady jazdy wkurzają tylko.

niedziela, 25 maja 2014

U mnie bez zmian: nadal gruba, nadal pracuję jako niewolnica w korporacji, nadal nie poszłam do lekarza i nadal jestem beznadziejna.

No i nie zanosi, aby cokolwiek się miało zmienić. Ot szara rzeczywistość...

niedziela, 18 maja 2014

Wstyd się przyznać, ale dopiero w tym roku pojechałam na noc muzeów. Jakoś mnie ta przyjemność ominęła wcześniej. Może dlatego, że do Miasta muszę dojechać, a jak już w piątek wrócę po pracy do domu to mi się nie chce. Tym razem udało mi się zechcieć i nie żałuję. Zobaczyłam niestety mniej niż planowałam, ale okazało się, że jest zbyt dużo ciekawych miejsc w stosunku do czasu, którym dysponuję. W dodatku Koleje zrobiły mi wspak i ostatni pociąg odjeżdżał 20:35, więc w sumie miałam tylko 3 godziny. Zobaczyłam historię malarstwa w pigułce i liznęłam historii miasta i regionu. Powąchałam tego i owego, apetyt się rozbudził, od teraz będę chodzić co roku! W zwiedzaniu przeszkadzała mi tylko parasolka, bo pogoda się zrobiła u nas zmienna jak na Wyspach i bez parasolki ani rusz, a mam tylko takie długie nieskładane. I dziwne, ale plecak też okazał się mniej wygodny od torebki na ramię. Nogi mnie potem bolały i kręgosłup, a w nocy tak rozbolał mnie brzuch, że musiałam wstać i wziąć dwa ibuprofeny. To pewnie moje mięśniaki...