Kategorie: Wszystkie | Moje artykuły | Myśli (nie) złote | Zasłyszane
RSS
środa, 18 sierpnia 2004

Chociaż dwa dni temu wydawało mi się, że słońce nie wstanie następnego dnia...

Poniedziałek był okropny i z ulgą wróciłam do domu zwłaszcza, że nastepny dzień wzięłam sobie wolny, chociaż z zupełnie innego powodu. Dopóki chodziłam to było OK.. rozkleiłam się potem, jak już zgasiłam światło trochę zmoczyłam poduszkę...Rano wyglądałam jak czterdziestoletnia pijaczka po całonocnej awanturze! Musiałam się wypacykować czego raczej nie robię jak zostaję w domu i nie mam zamiaru wychodzić... no po bułki się nie będę malować, nie?

Dzień spędziłam przed telewizorem z talerzem w ręku wcinać wszystko to co niezdrowe i kaloryczne... To chyba Marilyn Monroe powiedziała, że wszystkie dobre rzeczy są albo niemoralne albo tuczące...

Wieczorem zadzwonił ale odrzuciłam rozmowę... się nie będę dodatkowo stresować. Ale zapomniałam, że moja komórka w takim wypadku przerzuca automatycznie na pocztę głosową... Powiedział do mnie misiu... Lepiej że nie odebrałam.

No i dziś odezwał się do mnie pierwszy... Lepiej chyba jakby całkiem się obraził.

poniedziałek, 16 sierpnia 2004

Rozmawialiśmy (on się odezwał pierwszy). Jak gdyby nigdy nic... w ogóle nie pamiętał co mi powiedział w środę. Zaproponował przyjaźń a kiedy stwierdziłam, że to niemożliwe się zdziwił. Powiedział,że to przez odległość, faktycznie niemała... może i miał rację. Ale i tak się poryczałam dwa razy.... Ale przynajmniej mam to za sobą...

I jak? Dałam radę. Wytrzymałam aż do piątku, a w weekend i tak nie mam dostępu do netu (on zresztą też). A że pomógł mi w dotrzymaniu przyrzeczenia przypadek, a właściwie wypadek. To taki mały szczegół.

W czwartek pełna najlepszych chęci do pracy zerwałam się bladym świtem, ale do pracy już nie dotarłam. Chwyciła mnie rwa barkowa czy jak to się paskudztwo nazywa. Możliwe, że przewiało mnie w pracy bo okno mam otwarte na oścież gdyż wytrzymać trudno. W każdym razie w pierwszej chwili nie mogłam, ani się wyprostować , ani obrócić, o siadaniu czy kładzeniu sie bez bólu mowy nie było. W piątek było ciut lepiej a i tak czas mi upływał na smarowaniu się maścią borowinową i innym jakimś paskudztwem śmierdzącym kwasem salicylowym.

W dodatku antena od telewizora zdecydowała się popsuć w sobotę rano tak, że z Aten obejrzałam jedynie otwarcie i Otylię Jędrzejczak płynąca po srebro.

Na pocieszenie postanowiłam pojechać do kina w niedzielę. Byłam na Osadzie... nieco denerwującej bo człowiek cały film siedzi na thrillerze, a wychodzi z filmu obyczajowego. Trochę reżyser z widzów zakpił... Ale i tak lepsze to od Spidermana. Choć muszę przyznać,że piosenka z tego filmu jest boska.

Co do Onego to dzwonił w piątek dwa razy wieczorem. Ale akurat oglądałam Ateny, poza tym nie chciałam z nim gadać i nie odebrałam. za drugim razem "nie usłyszałam" bo ustawiłam sobie opcję dyskretną.

Dziś przyszłam z zamiarem ukrywania się dalszego ale wytrzymałam tylko pół godziny. Jestem widoczna na gg, ale nie odzywamy się do siebie. I bardzo dobrze!

A ręka nadal boli...

środa, 11 sierpnia 2004

Nie było go wczoraj cały dzień, a i wieczorem nie zadzwonił, nie posłał głuchacza więc od rana zrobiłam uwagę,że nie było go wczoraj ale nie w formie pytającej aby nie poczuł się przytłoczony. A on na to,że był ale sobie chciał ode mnie odpocząć.... Ręce mi opadły i humor na cały dzień mam popsuty. Nawet jeśli to był żart to raczej w kiepskim stylu. Nie podjęłam zaczepki tylko przestałam się odzywać...

Jednym słowem cham nie wart zachodu? Tylko dlaczego tak się tym przejęłam?  A już raz miałam nauczkę, żeby nie wdawać się z nim w takie utarczki słowne... Ale kiedy już nawet zwyczajnie nie mogę zagadać aby nie usłyszeć czegoś przykrego? To już wolałam jak się nie odzywał i był obojętny....

wtorek, 10 sierpnia 2004

Wczoraj zadzwonił celem spytania jak się mam i poinformowania mnie,że właśnie wychodzi. Tak sie trochę obruszył kiedy powiedziałam aby nie "puszczał się " za bardzo ale zdaje się, że to było takie zadowolone "obruszanie się". Dziś od rana nie ma go na gg ale  mam nadzieję, że go głowa nie boli aż tak bardzo...

poniedziałek, 09 sierpnia 2004

W piatek poszłam na zakupy celem poprawienia sobie humoru oraz wydania znaczącej części mojej marnej pensji. Nabyłam sukienkę pomarańczową we biało czerwone duże kwiaty. Dopasowana, szwy francuskie czy jakieś tam wcięta gdzie trzeba i wcale nie jaskrawa! Dziś ją mam na sobie i czuję się piękna.

Potem udałam się do perfumerii gdzie nabyłam kilka mazideł dzięki czemu mam nadzieję być jeszcze piękniejsza...

Następnie zakupiłam "Ja Klaudiusz" Roberta Gravesa z kolekcji Wyborczej i zaczytywałam się nim cały weekend. Piękna książka, tylko dlaczego ja nie miałam jej wcześniej w rękach? A niby po historii jestem... W każdym razie na nowo poczułam namiętność do historii jaką straciłam studiując liczne, a opasłe i nudne straszliwie tomiska z zakresu historii wszelakiej.

Na końcu bezwstydnie poszłam sama do restauracji gdzie skonsumowałam same dobre a kaloryczne rzeczy. W dodatku niedrogie co było istotne przy wybieraniu lokalu.

W sobotę i niedzielę poza czytaniem o wzajemnym mordowaniu się w Rzymie epoki Oktawiana Augusta i jego następcy, troszkę posprzątałam. Prawie w ogóle telewizji poza stałymi punktami programu (Teleexpress, Fakty, 7 dni świat oraz Tygrysy Europy z boskim Pawłem Delągiem).

Natomiast w niedzielę wieczorem... kiedy już odświeżyłam się i gotowa byłam oddać się rozkoszom snu , o godzinie 22.14 dostałam głuchacza... Zgadnijcie moi mili od kogo? Od mojego prawie już byłego, a niedoszłego znajomego... O godzinie 22.25 drugi głuchacz. Znaczy mam zadzwonić bo on biedak nie ma za co, a odczuwa pilną potrzebę pogadania. Po chwilowej ochocie wyłączenia telefenu i pójścia pod kołderkę, podeptałam swoją dumę i zadzwoniłam... Gadaliśmy 17 minut, o czym nie napiszę bo to takie miłe acz nie bardzo "grzeczne" rozmowy były...

Ps: a z dzisiejszego horoskopu dowiedziałam się, że po zawirowaniach uczuciowych stanę przed ołtarzem ... hehe

piątek, 06 sierpnia 2004

Przespałam się. Wprawdzie noc była parna i jakoś tak słabo sprzyjała relaksowi ale spałam jak zabita... To pewno wynik ostatnich przeżyć. Czasami czuję się jak pryszczata nastolatka, która przeżywa swoją pierwszą miłość. Wprawdzie nastolatką dawno przestałam być ale pryszcze czasem wracają...

Więc mój nastrój z dnia dzisiejszego jest o 180 stopni inny od tego z wczoraj.  Po co mam się przejmować czymś co istnieje tylko wirtualnie? To przecież Matrix....ale za to jak wciąga... Człowiek daje się ponosić tym emocjom i utożsamia się z nimi. Ale skoro przeżywam to i boli mnie (ale też cieszy) to naprawdę to może to jest rzeczywiste? Nie umiem jak niektórzy zgasić komputer i wrócić do reala jak gdyby nigdy nic...

Co do Tomka.... Bo tak na imię ma mój... znajomy? Przyjaciel? Kochanek? bosz nawet nie wiem jak nazwać taką netową znajomość? No więc złamałam się dziś i odezwałam się do niego... ja wiem.. "kobieto puchu marny...". słabość to moja... No więc rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic... Podszedł do moich wyznań obojętniej niż myślałam i nie przejął się naszym "rozstaniem". Ja już sama nie wiem co z tego będzie...

czwartek, 05 sierpnia 2004

Kupiłam sobie drożdżóweczkę na pocieszenie i stwierdziłam, że tnajlepsze pocieszenie dla kobiety. Przecież się nie upiję (kac itd). A na przytulenie do misia jestem za stara...

Ps: To jest edycja wpisu SMS-em z dnia wczorajszego tj z czwartku 5   sierpnia, który nie wiedzieć czemu się nie wyglądał tak jak powinien....

No więc rozstaliśmy się... Skończyło się zanim zaczeło tak na dobre... Najbardziej mnie boli to, że on nie próbował walczyć... nic tlumaczyć... zabiegać... To tak bardzo boli.....

Jest troszkę lepiej niż wczoraj. Postanowiłam nie podejmować pochopnych decyzji tylko poczekać, nie wiem- tydzień dwa czy dłużej. Przez ten czas muszę zastanowić się nad sobą i swoimi uczuciami... Nic pochopnie bo czasami mnie ponosi i wpadam w takie "dołki" uczuciowe. Potem często się okazuje, że właściwie nic się nie stało... Tylko czy jest sens kontynuować taką znajomość? A może dać sobie spokój i machnąć ręką? Świat jest taki piękny...

Na mój nastrój nakładają się problemy z pracą... Właściwie od miesiąca pracuje na czarno z tym, że szef obiecał podpisać ze mną umowę na ten zaległy miesiąc. Co będzie dalej to nie wiem... Ta niepewność sprawia,że jestem poddenerwowana i bardziej wrażliwa niż zazwyczaj...